Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
znajomijoe.pl blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl darmowe forum val.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl forumforum.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
El Torres || 452
ksiega gosci - pisz ksiega gosci - wejdz bahaterowie carmen bies
homepage dodaj klub rozdziały autor deviantart youtube szablon

Rozdział 1 - Czarny kot

10/02/2010 21:07:47 || komentarzy 6
Federico Torres uruchomił nowego srebrnego Pontiaca Firebirda produkcji ekskluzywnej firmy Mertez, wrzucił bieg i usiłował ruszyć z miejsca. To była jego piąta lekcja jazdy samochodem i niestety wciąż nie było widać postępów. Wóz wykonywał kilka gwałtownych susów w przód i zamierał bezruchu. Iluzjonista powtarzał cały ten proces jakieś dziesięć czy dwadzieścia razy. Nico Torres, jako jego pasażer, stwierdził, że wkrótce zostanie pierwszym na świecie człowiekiem, który w stojącym właściwie samochodzie nabawił się urazu kręgosłupa. Fredric postanowił wziąć się w garść.
Stacyjka.
Bieg.
Sprzęgło.

Wóz gwałtownie zerwał się do przodu, po czym silnik zgasł. Ich ciała poderwały się w górę, zatrzymały na pasach bezpieczeństwa, a potem ciężko opadły na siedzenia.
- Czy nadszarpnęłoby to twoją pewność siebie synu, gdybym przed następną lekcją zaopatrzył się w motocyklowy kask? – spytał cicho Nico, patrząc w przednią szybę.
Wlekli się rzadko używaną, kapryśną leśną dróżką, na której rozciągały się pastwiska. Za każdym razem, kiedy silnik gasł, a samochód zatrzymywał się gwałtownie, wszystkie krowy przestawały rzuć trawę i podnosiły głowy, wpatrując się w Torresów swymi wielkimi, jak księżyc w pełni, ślepiami.
"Dios mío, Yohan, - wydały się mówić do siebie. - co ten chłopak wyprawia z tym wozem?!"
Ze zdumieniem kręciły wielkimi łbami i z czymś w rodzaju ciężkiego westchnienia na nowo zaczynały się paść. Przez wszystkie lata, kiedy przeżuwały trawę przy tej drodze, nie widziały niczego podobnego.
- Fred, prawą nogą wciskasz pedał, a jednocześnie lewą zwalniasz. - Señor Torres pokazał synowi dłońmi, co powinien robić ze stopami.
- Przecież to niemożliwe! – stwierdził Iluzjonista. – Dlaczego wujek Felipe nie może zrobić takiego samochodu, w którym oba pedały przeciskałoby się jednocześnie? To tak, jakbym próbował poklepać się po głowie, jednocześnie masując sobie brzuch. Wszyscy chyba chcą, żeby to było trudne...
- Spróbujmy jeszcze raz. – powiedział cierpliwie Nico.
Fredric odpalił silnik i usiłował podzielić swój mózg na pół: prawa półkula skupiała się na ruchu lewą stopą, opuszczając ją w dół, a lewa półkula zajmowała się prawą stopą wolno unosząc ją do góry. Wreszcie, kompletnie tracąc orientacje, chłopak zdjął obie nogi z pedałów i samochód gwałtownie stanął.
- Może to kwestia genetyki. – mruknął cicho Señor Torres. – Mnie samemu nauka jazdy pod okiem uprzejmych mugolskich chłopaków mojej starszej siostry zajęła prawie rok. Na szczęście ciocia Ángela zmieniała ich w takim tempie, że mogłem w tym czasie wyczerpać cierpliwość co najmniej kilku z nich.
Señor spojrzał w okno z uśmiechem, przypominając sobie, że kiedy wreszcie nauczył się ruszać z miejsca, okazało się, że pociąga to za sobą nieuchronnie całe mnóstwo nowych przerażający doznań, takich jak jazda na wstecznym, czyli manewr podczas którego człowiek kręci kierownicą w tym kierunku, który w danym momencie wydaje mu się najmniej odpowiedni. Albo nauka parkowania tyłem – słynnej ewolucji mającej na celu zapewnienie warsztatom blacharskim nieustannego napływu klientów. Z perspektywy czasu wydało się Nico bardzo prawdopodobne, że to nie była wyłącznie wina Ángeli Torres, że tak często musiała zmieniać chłopaków.
Tym czasem na drodze Iluzjoniście udało się wreszcie zatriumfować zarówno nad przewrotnym sprzęgłem, jak i nad nie mniej przewrotną genetyką i wrzucić jedynkę. Przejechali wolno kilka metrów i obu Torresom poprawił się nastrój, ale właśnie wtedy droga zaczęła się piąć w górę, więc Nico był zmuszony poruszyć temat startowania z ręcznego hamulca.
- Słuchaj – zaczął, powtarzając stosowną na tę okoliczność mowę kolejnych chłopaków cioci Ángeli. – Prawą nogę opuszczasz, lewą podnosisz, a jednocześnie zwalniasz ręką dźwignie hamulca.
Federico gapił się na niego, osłupiały ze zdumienia.
- Chyba sobie żartujesz! Mam robić trzy zupełnie różne rzeczy naraz? To po prostu nie wykonalne!
Spróbowali kilka razy, ale bez żadnych rezultatów. Wóz podrygiwał tylko w przód i w tył, jak zdychający byk. W pewnej chwili nawet krowy odwróciły swoje wielkie łby z zażenowaniem i pogardą. Nico i Fredric siedzieli w unieruchomionym samochodzie, gapiąc się przez przednią szybę w zapadający właśnie zmrok. Señor Torres przeszło nawet przez głowę, że może byłoby bezpieczniej, gdyby przerobił z synem zasady poruszania się innych pojazdów po drogach, ale ostatecznie postanowił tego nie robić. Iluzjonista i tak miał dość problemów, nie wiedząc jeszcze, że inni użytkownicy ulic są kompletnie stuknięci.
- Papá, pamiętasz Monsieur Durisa? – spytał nagle Fredric, po kilku kolejnych minutach ciszy, w czasie której obaj gapili się na majaczące przed nimi wzgórze.
- Ten przyjaciel dziadka, co ma plantację winorośli? – Nico przetarł dłonią czoło.
- Si. Tam, gdzie on pracuje jest całkiem płasko i w ogóle nie trzeba używać ręcznego hamulca. Duris po prostu zatrzymuje samochód, otwiera drzwi i wysiada. Może mógłbym tam dostać jakąś pracę? – powiedział Federico, rezygnując nagle ze wszystkich ambitnych planów dotyczących swojej kariery zawodowej na rzecz pracy w takim miejscy, gdzie będzie płasko.
- Proponuję ci, żebyś wyobraził sobie rozmowy, jakie przyjdzie ci prowadzić za dwadzieścia lat. – Señor Torres uśmiechnął się do niego wyrozumiale. – Zapytają cię: „Dlaczego właściwie wybrałeś karierę w francuskim przemyśle winiarskim? Chciałeś zwiększyć krajowy eksport, czy napoić spragnionych ludzi na całym świecie? A ty co wtedy odpowiesz?
Młody Torres wzruszył ramionami, a uśmiech jego ojca jeszcze bardziej się poszerzył.
- Że tym co ci się najbardziej podobało w gałęzi tego przemysłu, był brak wzniesień, na których trzeba by ruszać z hamulca ręcznego. – wyjaśnił i odpioł pasy. – Wracamy. Przynajmniej samochód jest cały.
Kiedy Fredric zajął miejsca pasażera, jego ojciec wyjechał autem z leśnej drogi, po czym skierował się w stronę willi. Nagle na jezdnię wybiegł czarny kot. Señor Torres w ostatniej chwili skręcił, żeby go nie rozjechać, stracił panowanie nad kierownicą i wpakował się w drzewo.
- Dlaczego to nie może być proste, jak gra w Quidditcha? – spytał oszołomiony Iluzjonista.
Kąciki ust Nico lekko zadrgały. Spojrzał w lusterko wsteczne, zastanawiając się, jak wycofać Firebirda, który połączył się z dębem, gdy zauważył małe światełko między drzewami za szybą. Po chwili gdzieś w oddali jednostajnie zacharczał 1200 kW niemiecki silnik, a cienie zatańczyły nierówno w koronach. Ktoś nadjeżdżał z gęstej, sierpniowej nocy. Z determinacją parł przez mrok i głuszę, a lufa kalibru 46,7 naginała kolejne gałęzie. Wreszcie spomiędzy drzew wyjechał zgniłozielony czołg Leopard 2 z flagą francuską, która powiewała z wyrzutni granatów dymnych.
Nico i Fredric znieruchomieli i popatrzyli po sobie. Kiedy chwila osłupienia minęła, oboje wyskoczyli z unieruchomionego samochodu. W końcu gąsienice zahamował z głośnym jękiem. Czołg stanął, parując, tuż przed płotem oddzielającym pastwisko od lasu. Za nim odsłonił się resztki Firebirda. Krowy podniosły łby z zaciekawieniem.
– Ktoś musi pójść sprawdzić co przejechaliśmy. – rozkazał głos z głębi maszyny, jakby damski baryton. – Mam wrażenie, że to było jakieś biedne leśne zwierzę.
– Dlaczego ja? – opędził się tenor, który należał z pewnością mężczyzny. – Gruby prowadził!
– Aretuz! – uciął pierwszy głos. – Kochasz mnie?
- Powodzenia. – odezwał się ze śmiechem drugi głos męski, bas.
W końcu klapa w wieżyczce dowódcy otworzyły się i ze środka wyjrzał mężczyzna w galowym oficerskim mundurze i hełmie, a po chwili wygramolił się drugi, niskopienny i przysadzisty. Obaj stanęli na błotniku swojego zgniłozielonego potwora i spojrzeli na wbity w ziemię, płaski kawałek metalu, który był kiedyś luksusowym samochodem.
- To Firebird – wyjaśnił uprzejmie Nico, stojąc w bezpiecznej odległości. – Trochę go ojciec przygniótł.
- Niewiele da się już zrobić z tym poległym żołnierzem. – stwierdził Aretuz de Didero i zdjął swoje nakrycie głowy. - Chyba go tu zostawimy.
Señor Torres dostrzegł kątem oka, jak jego syn dusi w sobie wybuch śmiechu.
- To był świetny wóz. – stwierdził cicho.
Wszyscy obrzucili wrak ostatnim spojrzeniem. W dzieciństwie Fredric uważał swojego dziadka za nowe wcielenie Agenta 007, po którym praktycznie można spodziewać się wszystkiego. I to uczucie nie zmalało ani odrobinę, gdy dowiedział się o małej rodzinnej mafii, której Aretuz jest ojcem chrzestnym. De Didero zatrudniał na luźnych zasadach całą armię ludzi do pomocy w swoich licznych przedsięwzięciach. Większość z nich to jego przyjaciele, którzy są jeszcze bardziej zwariowani niż on sam. Jedną z takich osób jest Alfred Mitterrand (Gruby), który nigdy go nie odstępuje i, którego nawet babcia Samanta zaczęła darzyć sympatią, albo po prostu pogodziła się ze swoim losem. Iluzjonista był jednak zawsze niemal pewny, że ta cała rodzinna mafia zabija tylko złych ludzi.
- O samochody nietrudno. – De Didero uśmiechnął się. - Nic wam się nie stało?
- Nie, mieliśmy szczęście. – Nico strzepał liście z ramienia. - Uczyłem właśnie Fredrica prowadzić.
- Samochód? – Gruby pokręcili z dezaprobatą głową i wyciągnął mapę. – Czołgi są przyszłością dróg!
- Może chcecie się przejechać Wisienką? – zasugerował Aretuz i poklepał metalowego stwora z głębokim uczuciem. – Chciałbym zobaczyć minę mojej córuchny, jak się o nim dowie.
- Mogę przejechać się czołgiem? – zapytał cicho Fredric w stronę ojca. – Chociaż to jest raczej niemożliwe, żebym umiał go prowadzić.
- Nazwaliście go Wisienka? – spytał z rozbawieniem Señor Torres. – Kto to wymyślił? Deatis?
- Ja. – Samanta de Didero otworzyła klapę. – Tak poza tym, to Aretuzowi szkoda było pola golfowego na manewry wojskowe, to stwierdziliśmy, że od razu wpadniemy do was.
- A mi się wydaje, że to komuś innemu było szkoda. – sprostował Aretuz.
Samanta machnęła dłonią w powietrzu, w taki sposób, jakby chciała go podrapać. De Didero zignorował akt agresji ze strony żony, wyjął z ręki Alfreda mapę i znacząco postukał palcem w jej południową cześć.
– Tutaj niczego nie zniszczymy. – Poklepał wnuka po ramieniu. – Bo jak to mówił Napoleon: „Niemożliwe” – to nie jest słowo francuskie.
Chwilę później silnik Leoparda 2 zapalił się z głośnym warkotem. Czołg ruszył do przodu, ściął ryzykownie zakręt, plunął ziemią spod napędu gąsienicowego, o włos minął zabójcze pnie na skraju lasu i pomknął przed siebie.
"Wiesz co Yohan, - wydawały się muczeć krowy do siebie. - chyba pora zmienić pastwisko."

***

Następnego ranka Fredric wyczuł, że atmosfera w domu znaczenie się ochłodziła. Spojrzał na półkę z książkami rodziców i zamarł. Brakowało jednego z tomów Tołstoja, więc zapewne Madame Torres postanowiła rozluźnić się po stracie nowego Firebirda.
Życie z matką podatną na sugestie to jedna wielka loteria. Zwłaszcza wówczas, gdy jest ona zapaloną czytelniczką. Już od lat na nastrój Deatis wpływało wszystko to, co w danej chwili czytała. Ostatnio jednak posunęła się o krok dalej i teraz stawała się tym, o kim właśnie czyta. Z Nico był podobny problem, tyle, że przy swojej karierze sportowej miał znacznie mniej czasu na tego rodzaju rozrywki.
Iluzjonista usłyszał cichy jęk z sypialni rodziców. Jego ojciec również zauważył Tołstoja, a co gorsza dzisiaj odjeżdżał pociąg do Iigameses. Po chwili Deatis z oczyma utkwionymi w książce, wyszła wolniutko na taras.
- Jakiś plan? – spytał cicho Fredric, widząc ojca w szlafroku, wynurzającego się z sypialni.
- Fred, dzisiaj musimy zrobić zakupy, posprzątać w domu, zawieść was na pociąg... – powiedział cicho Señor Torres. - Nie wyobrażam sobie jakoś, żeby to wszystko nam się udało w połączeniu z Tołstojem. Pytałem się, czy podoba jej się ta książka, ale mnie odpędziła. Mówi, że ma dosyć nabijania sobie głowy przyziemnymi problemami tej rodziny.
- Jeśli użyjemy odpowiedniej przynęty, istnieje jeszcze szansa, że uda nam się ja zwabić z powrotem do rzeczywistości. – mruknął cicho Iluzjonista.
- Weź Nicol i idźcie sprawdzić co ona tam robi. – orzekł Nico.
- Po prostu tam sobie siedzi, papá – stwierdził Fredric, niezbyt chętny do rozmowy z matką-Tołstojem. – i coś czyta.
- Czemu ona wzięła ten najgrubszy tom?! – jęknął cicho Señor Torres. – Idź ją spytać o cokolwiek.
Nico patrzył, jak jego syn wchodzi na taras i rozmawia z matką. Widząc jednak, jak Deatis udziela mu jakiejś odpowiedz znad swej książki, poczuł, że jeszcze nie wygrał tego meczu.
- I co ci powiedziała? – spytał, gdy Fredric już wrócił.
Chłopak tylko wykrzywił usta w dziwnym grymasie.
- Mówi, że Wroński postanowił się udać do Petersburga mimo zimy i głębokich śniegów.
- Jest gorzej niż myślałem. - Señor Torres przywołał swoją córkę i dał jej opakowanie po płatkach śniadaniowych, by i ona miała szanse spróbować. – Powiedz jej, że jesteś głodna, i spytaj się, czy gdzieś są jeszcze płatki.
Nico zakradł się bliżej tylnego wyjścia i wsłuchiwał się w odpowiedzi Deatis.
- Jeśli samowar wystygł - mruknęła kobieta. – to trzeba go na nowo podgrzać.
Señor Torres chrząknął i wszedł na taras, aby samemu stawić czoło żonie, tylko po to, by się przekonać, że ogarnęło ją już to specyficzne rosyjskie znużenie.
- Tu jest o tym co się dzieje w mojej głowie! - stwierdziła Madame Torres, przerywając w połowie strony i zaznaczając palcem odpowiednie zdanie. – Mam dość myślenia o stu rzeczach na raz. Mam dość myślenia o rzeczach trywialnych i przyziemnych. Nikt oprócz mnie nie myśli, że musimy kupić prezent urodzinowy, że trzeba zadzwonić do twojej siostry i powiedzieć, jak nam przykro, że umarł jej pies. Albo o tym, że nazbierało się już tyle rzeczy do prasowania, że nie mieszczą się w koszu i walają się po podłodze. A dopiero po tym wszystkim mogę pomyśleć o swojej pracy.
Nico wycofał się i pobiegł po pomoc do póki z książkami.
- Idę do Julii! – krząknęła Nicoletta, zanim zniknęła w drzwiach. – Potem pojedziemy z Assuntiną do Madrytu.
- Dlaczego wujek Felipe was nie zawiezie? – spytał Señor Torres, szukając odpowiedniego tytułu.
- Bo ciocia Carmen jest na promocji swojej książki i razem z Xavierem od godziny szukają kluczyków do samochodu. – Nicol chwyciła swój kufer. – Tydzień głodówki im nie służy.
- Może ja też powinienem z nimi pojechać? – zasugerował Fredric, ale umilkł gwałtownie.
- Co ja ostatnio czytałem? – mruknął cicho Nico, chowając różdżkę z powrotem do kieszeni.
- Hemingwaya. – podpowiedział Iluzjonista i spojrzał, jak ojciec idzie przeprowadzić z matką męską i szczerą rozmowę w stylu tego autora. - Ernest Hemingway kontra Lew Tołstoj?
- Wisienko, źle to sobie organizujesz i w tym cały problem. – powiedział Señor Torres i oparł się o drzwi w taki sposób, by promienie słoneczne podkreślały jego posągowe rysy. – Podam ci przykład. Możemy pójść do sklepu i kupić jeden prezent, albo kupić całą masę prezentów urodzinowych na każdą okazję. Będziemy je trzymać w jakimś pudle i wydzielać. Wydajność i oszczędność. – Nico uderzył otwartą dłonią we framugę i uśmiechnął się, aby podnieść żonę na duchu. – No i po problemie!
Deatis obrzuciła go spojrzeniem w którym skupiły się chyba wszystkie rosyjskie zimy. Był w nim chłód tysiąca śnieżnych zasp połączoną z całą radosną beztroską syberyjskiej tundry. Nico postanowił zarządzić pospieszny odwrót. Fredric obserwował rodziców przez okno z tyłu domu i stwierdził, że to będzie jedyny mecz, który jego ojciec zakończy spektakularną porażką.
- Zaczęła kolejny rozdział. – poinformował, słysząc, jak Señor Torres do niego dołączył.
- Muszę ją jakoś przywołać do rzeczywistości. – Nico tworzył okno i zawołał: - Wiesz może, gdzie są moje nagolenniki z treningu?
- Drzewa na bulwarach w Moskwie pokryte są listowiem, a z dróg unosi się pył. – odparła Deatis.
- Już na tym etapie to Jane Austen była lepsza. – mruknął cicho Fredric.
- Ale ja nie lubię być Panem Darcy. – warknął Señor Torres i postanowił sam wykrzesać z siebie nieco poezji. – Boję się / że tu zginiemy / jak ta kobieta / nie zechce się ruszyć!
- Może mamá potrzebuje chwili czasu dla siebie? – zasugerował Federico. – Podobnie jak wtedy, kiedy car Aleksander II przywrócił wolność chłopom, warto czasem zmniejszyć presję.
- Nie no, synu. – jęknął cicho Nico. – Ty też zaczynasz z Rosją?
Fredric podniósł pokojów ręce do góry, a potem obaj zeszli na taras.
- Wisienko, wyznacz nam zajęcie! – powiedział twardo Señor Torres. – Weźmiemy się do roboty. Wymyśl tyle zadań, ile tylko chcesz.
Syn przytaknął mu ochoczo. Deatis podniosła wzrok znad książki.
- Tu nie chodzi o działanie. – przemówiła. – Tu chodzi o myślenie. O to, żeby mieć plan i o nim pamiętać. Dlaczego sami nie znajdziecie sobie zajęcia? – spytała, po czym obrzuciła ich spojrzeniem, w którym czuć było chłód wszystkich lodowców koła polarnego.
Obaj panowie wycofali się cichutko. Torresowie nie tylko znaleźli sobie zajęcie, ale postanowili przygotować lodowatej pani domu rozgrzewającą kąpiel, żeby mogła sobie spokojnie poczytać. Zwabiona obietnicą kąpieli Deatis wreszcie wróciła do domu. Znalazła schemat treningów męża i jego kluczki do samochodu, a potem weszła do wanny, podczas, gdy Nico i Fredric postanowili zrobić pozostałe rzeczy przed wyjazdem na stację w Madrycie. Chcieli wykazać się własną inicjatywą: zidentyfikowali i wykonali wszystkie zadania, nim jeszcze w ogóle ktoś im powiedział, na czym one polegają.
- Zanim ona wyjdzie z wanny to zbierze się tego cała list. – mruknął do siebie Señor Torres.
- Za chwilę nie zdążę do szkoły! – Fredric podsunął ojcu pod nos zegarek.
- Wisienko, wychodzisz już? – zawołał słabo Nico.
- Jeszcze chwilę, dobrze skarby? – rzuciła Deatis w odpowiedzi przez drzwi łazienki. – Tutaj w Rosji pociąg zaraz wjedzie na stację.

***

Tłoki czarno-złotej lokomotywy zasyczały głośno i pociąg ruszył. Wielkie smugi pary zasunęły stację „Sigue iguan” w Madrycie. Xavier Cortez chwycił notatnik i powiedział cichym, głębokim głosem:
- Zaklęcie Aintegumenta powoduje...
- Wiesz co, może zrobimy sobie przerwę? Ta nauka jest taka mecząca...
- Jasne. – szepnął Fuerzas i odłożył notatnik. – Możemy po prostu posiedzieć tutaj i pogadać, maleńka.
Hiszpanka uśmiechnęła się do niego.
- No, to mi się podoba. – dziewczyna przysunęła się nieco bliżej.
- Tak jest miło. – Cortez zbliżył się ku niej.
- Taaak...
- Więc...
- Więc?
Napięcie w przedziale rosło. Powietrze zdawało się gęstnieć, lecz wtedy drzwi otworzyły się na oścież.
- Tu jesteś! – oznajmił Gato z szerokim uśmiechem.
Xavier odskoczył na pół metra od dziewczyny.
- Zaklęcie Aintegumenta powoduje...! – jęknął w panice, ale odetchnął widząc, że to nie jego wujek. – Nie spodziewałem się, że znajdziesz mnie tak szybko.
- Zrezygnowałem z wizyty w damskich przedziałach. – wyjaśnił Casillas i jak gdyby nigdy nic, usiadł między dziewczyną, a przyjacielem. – Tak tęskniłem za tobą. – mruknął czule w stronę Corteza.
- ¡Dios mío! - Hiszpanka prychnęła i wstała, ale nie ruszyła się z miejsca. - To syn Torresa!
- Zaczyna się. – jęknął cicho Fredric i osunął się obok przyjaciół.
- Ojejku! – szepnęła dziewczyna, niezwracająca uwagi na reakcję obiektu. - Mogę autograf?
- Mój czy ojca? – spytał z uprzejmy uśmiechem Iluzjonista.
Dziewczyna umilkła. Było to pytanie, którego nie spodziewała. Pokiwała głową i wyszła, nadal się zastanawiając.
- Trochę grzeczniej. – mruknął Gato i podszedł do drzwi. – Pozwolicie, że ją pocieszę po spotkaniu z niemiłym Torresem. Zniszczyłeś tej kobiecie dziecinne marzenia!
- Mój ojciec jest jej dziecinnym marzeniem? – mruknął słabo Fredric. – Czuje się jakbym był synem jakiejś gwiazdy popu. On jest tylko szukającym!
- Ale jest boskim szukającym. – Cortez patrzył, jak Gato zabiera się za swoją nową ofiarę. – Dlaczego cię nie widziałem na stacji?
- Bo mnie tam nie było. – poinformował Torres. – Przyjechałem, jak już pociąg ruszył. Mój ojciec nie jest bogiem. Mimo wszystko.
- Spóźniłeś się? – Xavier nawet nie ukrywał rozbawienia. – Jak do tego doszło?
- To prywatna sprawa. – poinformował Iluzjonista.
- Ktoś powiedział „prywatna”? - spytał Nernio, rozsuwając drzwi.
- Si – odparł znacząco Fredric.
Gato wpadł w podskokach do przedziału.
- Jestem zaintrygowany. Mów dalej!
— Cicho! — mruknął nagle Xavier i wskazał w stronę korytarza.
Cała trójka usłyszała dwa głosy napływający przez otwarte drzwi.
— ... ukrywają swoje położenie, a my je odkrywamy?
- Nie zupełnie, Luciano. Delegacje będą jechać tak, aby nie odkryć drogi.
- Założycie im czarne worki na głowy, William?
- To ma być integracja szkół magicznych. Nikt nie przyjeżdża tutaj, aby wykraść nasze sekrety.
- Bo my mamy mało zamieszania z jedną wymianą...
Dwaj profesorowie przeszli i zniknęli w następnym wagonie. Cortez wstał i zasunął drzwi, które Casillas zostawił otwarte.
- Angielki, Bułgarki, Francuzki... – oczy Nernio zaiskrzyły się. – Tyle nowych znajomości!
- Tyle nowych interesów... – odczytał aluzję przyjaciela, Fredric.
– Gato, twoje pojęcie integracji jest dobijające. – skwitował Fuerzas.
Casillas posłał mu niechętne spojrzenie.
- A jak tam twoje zdolności, Fred? Moc welafanck nadal nieokiełznana? – spytał z uśmiechem Xavier i zatrzasnął drzwi z taką siłą, że mała szybka rozleciała się na kawałki.
- To zabrzmiało jakbym tresował jakiegoś królika. - Fredric skierował rękę na szybę. – Robie to ostatni raz.
Lekkie mrowienie objęło wskazujący palec Torresa, gdy wypuścił z niego niewielką, lecz skuteczną falę energii. Kawałki szkła złączyły się w szybę, która natychmiast wróciła na
swoje miejsce w drzwiach.
- Nie słyszę oklasków. – mruknął po kilku minutach ciszy z triumfalnym uśmiechem.
Ktoś za nim klasnął w dłonie. Fredric obrócił się i dopiero wtedy zauważył profesor Claudię Alonso, nauczycielkę wróżbiarstwa, która zwabiona hałasem, przyszła sprawdzić co się dzieje.
- Brawo Federico! – szepnęła. – A profesor Mermaid mówił, że jeszcze wszystko wysadzasz.
- ¡Gracias... - wymamrotał Torres, czując, że uśmiech mu jakoś dziwnie tężeje.
- Wiecie co, doszyłem do wniosku, że pójście sprawdzić co robi moja siostra nie byłoby wcale takie głupie. – orzekł nagle Cortez, chwytając za klamkę od drzwi przedziału. – Pani profesor wybaczy.
- Zaczekajcie.- wtrąciła się profesor Alonso, chwytając Nernio za rękę. – Chcecie trochę wróżb? - I zanim ktokolwiek zdołał się odezwać, poinformowała wszystkich z triumfem: - Umiem czytać z ręki!
Rozległy się trzy jęki.
- Możecie się śmiać! - powiedziała profesor Alonso, zupełnie niezbita z tropu. - Jestem medium. Niech spojrzę... - Zerknęła w dłoń Casillas.
- Czy pani profesor mogłaby się pospieszyć? – mruknął cicho Xavier.
- Dobra. To jest linia życia? A może to linia serca? – Nernio zachichotał, widząc, jak jej palec błądzi po jego dłoni. - Cicho, ja tu zaglądam w otchłań! Widzę... - I nagle profesor Alonso zmieniła się na twarzy, jakby coś ją zaskoczyło.
Jej oczy zrobiły się większe. Odwróciła wzrok od dłoni Gato. Zupełnie jakby dostrzegła coś przerażającego.
- Spotkasz wysoką, nieznajomą Włoszkę. - mruknął znudzony Xavier zza jego pleców.
Fredric uśmiechnął się pod nosem.
- Włoszkę, owszem, i nieznajomą... ale nie będzie wysoka. - Głos profesor Alonso zabrzmiał cicho, jakby z oddali. - Chociaż ona cie zna... - dodała po chwili ze zdziwieniem – ... a ty kiedyś ją znałeś. - Uniosła na Nernio szare szeroko otwarte oczy. - Ale to przecież niemożliwe. Prawda? - Puściła rękę ucznia, ale jakoś tak, jakby chciała ją od siebie odepchnąć.
- Dobra, koniec przedstawienia. – rzucił Xavier, widząc lekko zirytowanego przyjaciela. – Chodźcie.
- Wróżby z ręki to zwykłe bajki. – powiedział uspokajająco Fredric, kiedy wyszli już z przedziału, a profesor zniknęła za drzwiami. – Jak horoskop. Czytasz i podświadomie się do tego dopasowujesz.
- Doktor John Watson się znalazł. – mruknął cicho Fuerzas.
- Czyżby Sherlock Holmes znał inne wyjaśnienie? – spytał przeciągle Iluzjonista.
- A ja co jestem? – burknął ponuro Gato. - Irene Adler? Wy myślicie, że ja tego nie oglądałem?
- Mieliśmy nadzieję. – potwierdził Xavier. – Przecież ty nie wierzysz w takie rzeczy, Nernio.
- Trafiła w czuły punkt. – Casillas popatrzył na nich swoim rzadkim trzeźwym spojrzeniem.
- Czysty przypadek. – Torres uśmiechnął się spokojnie. – Xavier mógł się nie odzywać z tą Włoszką.
- Chciałem rozładować atmosferę i się jej pozbyć. – wyjaśnił ostro Cortez.
Nernio był tak zamyślony nad wróżbą, że przestał ich słuchać. Pozwolił, żeby przyjaciele pociągnęli go za sobą korytarzem do następnego wagonu, a potem postawili pod przedziałem. Iluzjonista zastukał w drzwi, ale nikt nie otworzył. Fuerzas popatrzył przez okno. Też nic.
- Może schowały się pod siedzeniami? - zasugerował Cortez. - Może powinnyśmy wyważyć te drzwi.
- Najpierw ty. – Casillas ocknął się, zrobił krok do tyłu i machnął ręką.
- Nie. – powiedział z uśmiechem Xavier. - Najpierw Fred.
- Nie, nie! – Fredric odwzajemnił uśmiech. – Nalegamy Xavi.
- Do diabła z waszym naleganiem. To ja nalegam!
- W porządku. – mruknął poważnie Torres. - Spójrzmy prawdzie w oczy. Żaden z nas nie wyważy tych drzwi.
- Potrafiłabym to zrobić, gdybym tylko chciał. - oświadczył dumnie Fuerzas. - Tylko jakoś teraz nie mam na to ochoty.
- Jasne. – szepnął, szczerząc się Nernio.
- Myślisz, że nie dałabym rady zdemolować tych drzwi? – Cortez popatrzył na niego wrogo.
- To tylko moja sugestia. – mruknął Gato, wzruszając ramionami.
Fuerzas zamruczał cicho w zamyśleniu. Drzwi przedziału otworzyły się i wyjrzała z nich dziewczyna. Jej brązowe oczy połyskiwały ożywieniem, a mała twarzyczka w kształcie serca się rozjaśniła.
- O co chodzi? – spytała.
- ¡Hola Ass!– powiedział Fredric. - Szukamy Nicol i Julii.
- Tu ich nie ma. - Assuntina Santostasi zmierzwiła puszyste loki i się uśmiechnęła.
- Tak? Skąd wiesz? – zapytał Xavier. – Jesteś całkiem pewna, że nie ukrywają się pod siedzeniami?
- Są w wagonie obserwacyjnym. – wyjaśniła Assuntina. - Za tamtymi drzwiami. Dają tam napoje i jedzenie, mają stoliki przy których można usiąść. Wszystkie ściany są z magicznego szkła, na którym widać miejsca ze wszystkich stron świata.
- No proszę. – powiedział cicho Nernio. – Mogę zostać z tobą, Ass?
Dziewczyna przyjrzała się mu od stóp do głów.
- Domyślam się, że masz ważną sprawę. – stwierdziła.

***

Państwo Torres wracali z Madrytu. Nico prowadził, a Deatis pilotowała, czytając „Biografię Dalajlamy”, która przypadkiem była schowana w schowku. Nagle kobieta spostrzegła na sąsiednim pasie samochód z włączonym migaczem.
- Twój bliźni chce wjechać na twój pas. – powiedziała. – Może byś go tak wpuścił?
- Bliźni? – spytał zszokowany mąż, ponieważ jego żona nigdy w życiu używała podobnego słownictwa.
Normalny żargon Madame Torres sytuował się pomiędzy leniwą arystokracją francuską, a ostrymi gangsterami z Sycylii. Señor Torres zwolnił i pozwolił Hiszpanowi wskoczyć przed siebie. Deatis nagrodziła go delikatnym i pogodnym uśmiechem.
- Okazywanie powściągliwości wobec innych użytkowników dróg może być bardzo przyjemne. – powiedziała i obdarzyła męża kolejnym uśmiechem w stylu Buddy. – Co wcale nie znaczy, że cnota potrzebuje nagrody. Sama jest dla siebie nagrodą.
Nico zauważył własną udręczoną twarz we wstecznym lusterku. Stwierdził, że dłużej tego nie zniesie. Choćby dlatego, że skończyły się im woreczki foliowe w samochodzie.
- Pogadamy po treningu. – mruknął cicho z ukrytą groźbą. – Jak zacznę czytać Mario Puzo!

***

Nicoletta niecałe pięć minut wyglądała przez okno za którym pasły się żyrafy, sącząc napój i czekając, aż Carols Reyes López, syn hiszpańskiego boksera kategorii piórkowej, przyjdzie z jedzeniem. Primavera, jak przezywały ją przyjaciółki, bardzo rzadko się malowała, ale przy idealnej, oliwkowej cerze i gęstych czarnych rzęsach nie potrzebowała makijażu.
- Idzie nam całkiem nieźle - podsumowała Vìa. - Oczywiście, tyle czasu zajęło nam wymyślanie całego planu tych delegacji, że nie miałyśmy nawet chwili zastanowić się, jak przekonać dyrektora.
Torres uniosła jedną brew i przyjrzała się siedzącej naprzeciw Julii Cortez, której śniada cera przykuwała uwagę chłopców, siedzących za nią. Zawdzięczała to genetyce. Giulia lekko pokręciła głową, wyciągając z czarnych włosów wstążkę, żeby luźno opadły jej na ramiona.
- Ja już wiem. - powiedziała Primavera z figlarnym spojrzeniem. – Pójdę do profesor Blancoado.
- Dobry pomysł. - stwierdziła Giulia z namysłem. – Bo w końcu co mu szkodzi się zgodzić?
Nicoletta się uśmiechnęła.
- No cóż, może wolałby po prostu kogoś wynająć.
- Nasze przywitanie delegacji będzie profesjonalne. - powiedziała Cortez. - Tylko wiesz komu nie możemy nic powiedzieć?
- Nie jestem pewna - odparła Nicol po chwili. – Oni i tak się o tym dowiedzą.
- Być może - zgodziła się Julia. – O wilkach mowa...
- Na czym polega wróżba z ręki? – spytał od razu Xavier, ignorując siostrę, która próbowała go odpędzić wzrokiem. – Mamy mały problem.
- Jak bardzo mały? – spytała zainteresowana Giulia.
- Taki tyci-tyci. – wyjaśnił Iluzjonista. – Chcemy powróżyć Gato z ręki.
- Możecie spróbować różyczką. – wyjaśniła Nicoletta i wskazała parę miejsc na dłoni. – Jak odpowiednio je nakreślicie to wtedy ukarze się wam wizja. Szkoda, że go tutaj nie ma. Od razu byśmy to załatwili.
- Nie ma? – spytał Cortez i obrócił się. – Gdzie on jest?!
Obaj wrócili na korytarz. Xavier poszedł sprawdzić przedział, a Fredric zamarł. Drzwi rozsunęły się i wyjrzała z nich dziewczyna. Miała złotawo-blond włosy, tak jasne, że w słońcu zdawały się niemal skrzyć. Kremowa skóra, która zawsze przywodziła Torresowi na myśl łabędzi puch albo alabaster, była leciutko zaróżowiona rumieńcem na wysokości kości policzkowych. To musiała być Christine Laforêt. Tyle że Christine nie wyglądała tak, jakby się ucieszyła na widok swojego chłopaka. Iluzjonista widział to w jej spojrzeniu.
- Hallo! – powiedziała chłodno z pół ustnym uśmiechem. - Wir sehen morgen nach dem Frühstück, Federico. 2
- Wie wünschst du sich.3 – mruknął zdziwiony jej powitaniem Torres.
Christine posłała mu wymuszonego całusa i zasunęła drzwi. Z trudem dotarło do Federico, że dzwoni dzwonek. Xavier szarpnął go za ramię. Fredric odruchowo usiadł na wolnym miejscu i starał się skupić wzrok na przyjaciołach. Mimo to prawie ich nie widział. Ciągle był w szok i nawet nie spojrzał na Nernio. Casillas wylegiwał się na siedzeniu i mruczał głośno, podczas, gdy wściekła Assuntina masowała mu plecy.
- Trochę bardziej na lewo... – szepnął Gato. - O, tak!
- Jak ja się mu dałam namówić! – jęknęła cicho Santostasi i spojrzała na Torresa. – Co mu się stało?
- Niemiecka piękność mu się objawiła. – stwierdził Xavier.
Assuntina zaczęła szybko pleść warkoczyki z włosów Gato i uśmiechnęła się triumfalnie widząc swoje dzieło. Nernio drzemał i niczego nie zauważył.
- Będziecie na przemowie dyrektora? – spytała jeszcze, zanim wyszła.
- Postaramy się. – mruknął cicho Cortez i spojrzał na swoich dwóch kompanów.
Jeden wpatrywał się błędnym wzorkiem w przestrzeń, a drugi drzemał z warkoczykami na głowie. Fuerzas przewrócił oczami.
- Oto wesoły batalion Corteza. – mruknął cicho do siebie.

***

- Gato, daj mi rękę.
- Po co? – spyta Nernio, podejrzliwie zerkając na przyjaciela.
- Bo chcę ci się oświadczyć. – burknął Xavier. - A jak sądzisz, po co, idioto?
- Ale... Ale... Och, no niech będzie.
Casillas obserwował, jak Fuerzas ogląda jego dłoń i jeździ po niej różdżką.
- I co? – spytał cicho Fredric. – Widzisz brunetkę?
- Nic tu nie widzę. - odparła Cortez z determinacją. – Ja nie wiem, jak ta kobieta tutaj to wyczytała!
Nernio skrzywił się.
- Możemy już o tym nie mówić?
Obok ich stołu, stał stół z odziałem „h” (czyt. hache). Fredric żałował, że widzi tylko tył głowy Christine. Michel Lonsdale z którym rozmawiała, miał na sobie sprane dżinsy, które przylegały mu do nóg jak druga skóra, obcisły T-Shirt i skórzaną kurtkę o niezwykłym kroju, jakby strój szkolny w ogóle go nie obowiązywał.
- Jak można się przekonać, czy dziewczyna naprawdę kocha? – spytał nagle Torres.
- Przeprowadzić test sprawdzający by Gato con Botas. - Xavier wskazał palcem na Nernio.
Casillas wyciągnął jedną stokrotkę z wazonu na ich stole i zaczął brutalnie skubać płatki, a potem oderwał żółty środek.
- Kocha, nie kocha... – mruknął z uśmiechem. - Stary trik, znała go już moja babcia Carlota.
- Tak właściwie to mam wam coś do powiedzenia. – Fuerzas wyciągnął ręce i trzymał swoich przyjaciół na dystans, żeby nie zaczęli od razu go dusić. – No więc, jak wiecie zawsze jestem do was szczery...
- Wiemy. – Iluzjonista pokiwał głową. – Aż do bólu.
- Si! – Cortez stwierdził, że zostali ostrzeżeni. – Załatwiłem sobie miejsce w legii cudzoziemskiej.
- Ty?! – spytał Nernio, niczego nie rozumiejąc. – Przecież miałeś zostać...
- Będę ge-ne-ra-łem jak mój dziadek. – wydusił z siebie Fuerzasz sylabami.
- Kto tak zdecydował? – nie dał za wygarnął Fredric.
- Moja głowa. – odparł lakonicznie Xavier.
- Wobec tego powinieneś częściej słuchać swojego brzucha! – poradził wzburzony Casillas. – Albo zielonego kciuka...
- Nie zaczynajcie znowu! – warknął Cortez. – Ten temat jest już zamknięty!
- Nie marnuj swojego całego życia. – mruknął Torres.
- Xavi, daj spokój, nie rób głupstw. – Nernio objął przyjaciela ramieniem. – Nie możesz nas przecież zostawić na lodzie. Teraz poważnie. Czego ty niby masz szukać w wojsku? Sztywne godziny pracy! Praktycznie zero koleżanek! No, to jakiś kiepski żart, prawda?
- W zeszłym miesiącu odwiedziłem brygadę w Viator i zaproponowali mi, żebym się zgłosił zaraz po ukończeniu osiemnastu lat. – wytłumaczył Cortez. - Myślę, że na razie to może nie brzmi super spektakularnie...
- Później jeszcze o tym pogadamy. – stwierdził Fredric, widząc, że uczta dobiega końca.

***

Nernio stanął przed drzwiami swojego dormitorium z torebką świeżych croissantów, które pożyczył od skrzatów i zapukał do drzwi. Fredric otworzył. Było grubo po północy, ale nikomu z jego współlokatorów nie przeszkadzało, że rano zaczynają się pierwsze lekcje.
- A to co, od kiedy dostarczasz za darmo do pokoju? – Torres wskazał pytająco na torebkę.
- Musimy pogadać. – Casillas odsunął go niedelikatnie na bok i wszedł do środka. – A croissnaty są dla mnie. Muszę teraz myśleć i potrzebuję wspomagania! – oświadczył, wpychając w siebie pierwszego.
Kiedy i Torres sięgnął po rogalika, Nerino uderzył go po palcach.
- No i myślisz, że Xavier mówił poważnie? – spytał Gato.
Fredric pokiwał głową i miał nadzieję na chociaż kilka okruszków, które spadły właśnie na dywan.
- Si, to przynajmniej zapytajmy go, czy mają tam jeszcze dwa miejsca dla dwóch legionistów. – mruknął Nernio z pełnymi ustami, ale całkowicie poważnie.
- Jeśli nie będzie innego sposobu. – stwierdził Torres. – Ale nie podoba mi się ta legia.
Croissant zniknął całkowicie w ustach Casillas.
- Może po prostu wybijemy mu to z głowy? – zaproponował.
- Oczywiście. – obiecał Fredric i spróbował dobrać się do ostatniego rogalika.
- Mój! – mruknął Nernio i uderzył przyjaciela torebką, wysypując na niego resztę okruszków.
- Super, dzięki za upapranie włosów. – powiedział obrażony Torres i ruszył do łazienki.
- Powinieneś zmienić od razu ubranie. – zawołał za nim Gato. – Śmierdzisz lawendą i...? – ruszył za nim.
- Wodą kolońską. – wyjaśnił uprzejmie Iluzjonista, robiąc przy tym minę „ale-jestem-odjazdowy” i wszedł pod prysznic.
Nernio rozsiadł się na klapie muszli.
- Xavi znowu robi eksperymenty w tajnym pokoju. - przypomniał.
- A już prawie zapomniałem o Generale Cortezie. – Fredric rozsunął lekko drzwiczki kabiny i spojrzał na przyjaciela, który oglądał właśnie różowy lakier do paznokci po siostrze Xaviera, a następnie zabrał się do lakierowania nim paznokci u stóp.
- Może zadzwonić do niego? – zasugerował Gato.
- Zadzwoń. Komórka leży na komodzie w korytarzu. – Torres machnął w kierunku drzwi, opryskując go przy tym wodą.
Kiedy Iluzjonista zauważył, że Nernio napełnia lodowatą cieczą kubek do mycia zębów, zamknął natychmiast drzwiczki.
- Tylko, że to jego komórka. – Casillas spojrzał, jak woda spływa po zewnętrznej ścianie prysznica.
- Jak nie wróci do rana to się będziemy martwić. – Fredric wyszedł. – Może nawet pójdzie szybciej spać.
- Fuerzas przed trzecią w łóżeczku? – Nernio wręczył przyjacielowi ręcznik. – Ten facet potrafi spać mniej niż godzinę dziennie.
- Ja potrzebuje przynajmniej dwóch. – stwierdził Torres. – Wczoraj czarny kot przebiegł mi drogę. Mam nadzieję, że to nie jest zły omen.
Gato popatrzył na niego zdumiony.
- Od kiedy jesteś przesądny? – zerknął przelotnie na palce u stóp. – Potrzebny mi zmywacz do paznokci.




COŚ OD AUTORA
Dla moich rodziców za to, że nie są w 100%, jak Samanta&Aretuz...

Pytania sugerowane:
1. Czy rozdział nadal trzyma się „kupy”?
2. Które wątki były najciekawsze?
3. Czy postacie z prologu dorosły?

Stwierdziłam, że postępowałam dotąd nieładnie, bo robiłam z własnych rodziców parodię, a nawet im nic nie dedykowałam... Tak wiec przepraszam, to się już więcej nie powtórzy ^.^ Z postaci daje im 92%, ponieważ niestety nie żyjemy w świecie magii i to ogranicza ich możliwości w realnym życiu.
Rozdział zaliczę do udanych, ponieważ w dwóch wątkach zawarłam cały charakter Deatis, jakiego nie potrafiłam ukazać w trzech próbach pisania opowiadania o niej. Cześć w pociągu jest znacznie mniej rozbudowana(!), ponieważ broniłam się rękami i nogami, aby nie splagiatować Prologu Carmen, tak więc po prostu darowałam sobie opisy. No i oczywiście widać, że oglądałam „Bękarty Wojny” po wątku z Leopardem 2 i Christine (Pół Niemka, Pół Francuzka), że urzekł mnie nowy Sherlock Holmes, że robię prezentację multimedialną o Buddyzmie i tak dalej... Nie tylko Wisienka jest podatna na sugestie ^.^

PS W Bękartach ukazał się Fredrick Zoller, który zyskała sobie moją sympatię oczywiście za imię... Niestety ten Fredrick umiera w ostatnich kadrach filmu, postrzelony przez Francuzkę, którą ostatkiem sił zabija. Ale przez cały film jest uroczy, słodki i groźny (zabił ponad 300 ludzi z wieży kościelnej, jako snajper). A więc nie mogę go wielbić, bo był naprawdę zły, a ja nie wielbię takich złych. Zasady.

(2) Widzimy się jutro po śniadaniu, Federico.
(3) Jak sobie życzysz.


Komentuj || 6



© iluzjonista. All Rights Reserved. 2010
Szablon wykonany przez ladycarmen, tylko na potrzeby tej strony z wykorzystaniem zdjęć Alexandra Rybaka i animacji shadoworld. Zakazuje się rozpowszechniania zawartych tutaj informacji i grafik bez zgody autorki!
Powered by Blog4u.pl